Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ciekawostki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 marca 2014

Kolejna warmińska zagadka

By nie porzucać rzeźbiarskich wątków -  kolejna zagadka.
Co to jest?
A konkretnie - kto stworzył tę płaskorzeźbę?
Odpowiedź znajdziecie na końcu tego posta.

 Przy okazji, naszła mnie refleksja dotycząca tego, po co właściwie prowadzę tego (i nie tylko tego bloga). Co mi to daje, zwłaszcza, że zajmuję się tym w tak nieregularny i niekonsekwentny sposób.
Otóż...
Robię to m. in. dla własnej przyjemności. Po to, by wielokrotnie przeżyć jakieś fajne wydarzenie.
Po raz pierwszy przeżywam je, kiedy danej sytuacji doświadczam. Po raz drugi, gdy oglądam/oglądamy i wybieramy zdjęcia. Po raz trzeci, gdy tworzę tu słowno-wizualne konstrukcje.
Dzięki temu czuję się jakbym doświadczała tej samej sytuacji na kilka, jakże odmiennych sposobów.
Może z tego powodu tak rzadko piszę na swoich blogach o trudnych sprawach. Nie tylko z z uwagi na swój introwertyzm, lecz również dlatego, że zdarza mi się traktować tę przestrzeń, jako przestrzeń relaksu.

Ale do rzeczy... Autorem płaskorzeźby, jak mniemam, jest bóbr/bobry. Dzieło znaleźliśmy podczas ostatniej wyprawy nad Jezioro Pierzchalskie
Zaś moją jedyną (do tej pory) płaskorzeźbę w drewnie możecie zobaczyć TUTAJ.

sobota, 22 marca 2014

Warmińska zagadka

Co to jest?
Czytelnicy
wcześniejszego wpisu
nie powinni
mieć
problemu
z rozwiązaniem
tej zagadki.
Są problemy?
OK.
Za chwilę...
pod
po
wiedź!
Czyli ten sam obrazek w pozycji horyzontalnej, zgodnej zresztą ze stanem faktycznym. Już wiecie? Skoro tak - czas na bardziej realistyczną wersję tego motywu, a zarazem - szeroki plan. Jeśli nie wiecie - tym bardziej na to czas!
Teraz już z pewnością wiecie, co przedstawiał pierwszy obrazek. Jezioro Pierzchalskie "leżące" na boku ;)

P.S. Tym razem pokazuję własne zdjęcia.

wtorek, 11 marca 2014

Pisarka, rzeźbiarz i dom

Najwyższy czas opublikować tekst, który ukazał się jakiś czas temu w "Zwykłym Życiu". Żeby nie tylko Czytelnicy tego magazynu, lecz również bywalcy mojego bloga mogli poznać historię naszego warmińskiego domu. 
Integralną częścią artykułu są zdjęcia, które znajdziecie TUTAJ
Zapraszam do czytania i oglądania!


Rzeźba pod tytułem „Dom”


Bohater tej opowieści ma ze sto lat i nowiutkie serce (a nawet dwanaście serc – po jednym na każdy miesiąc) w równie nowych, drewnianych okiennicach. Jest drobny i odrobinę garbaty. Ale, jak mawiają miłośnicy tradycji, zbudowano go z dobrego przedwojennego materiału. Sęk w tym, że nawet najlepszy materiał się zużywa.


Och, gdyby tylko się starzał... Proszę bardzo. Dla nas to nawet lepiej. Wszak jesteśmy tropicielami zmarszczek i wszelkich innych faktur wyrzeźbionych przez czas w strukturze drewna, tynku, czy przekazywanych z ust do ust opowieści.

Inaczej jednak sprawy się przedstawiają ze wspomnianym już zużyciem materiału. Poluzowana przez czas materia potrafi płatać figle. Koślawi mury zbudowane z pruskiej cegły i zawraca bieg życiowych wątków. Piętrzy przeszkody i konflikty, bez których, co prawda (tako rzecze każdy poradnik pt.: „Jak napisać powieść lub scenariusz”) nie byłoby dobrej historii, lecz które, zarazem, okrutnie komplikują życie.



Bo jest!


Bohater naszej opowieści ma na pocieszenie duszę (a może nawet ducha!). I oko (okno?) do fantastycznych miejsc. Ulokował się w połowie wzgórza (żeby wiatr za bardzo nad nim nie hulał), z widokiem na malowniczy wąwóz wykończony płynącym w dole strumieniem. Z jednej strony bobrowisko, z drugiej bocianie gniazdo, z trzeciej nawołujące się żurawie, a z czwartej – Dom Dobrych Sąsiadów. Słowem, każda strona świata prawidłowo urządzona.

Czemu wkładam w opis budynku tyle emocji, a na dodatek, wyrażam się o nim per bohater? Otóż przez te kilka lat, które minęły od naszego pierwszego (z domem) spotkania stał się on dla nas prawie osobą. Albo przynajmniej naszym prywatnym dziełem sztuki. Zmaterializowaną książką, pełną zapisanych w przedmiotach historii (niektóre wciąż czekają na odczytanie). Użytkową rzeźbą pod roboczym tytułem „Jak mazowieckie mieszczuchy wyobrażają sobie warmiński dom wiejski”. Stąd zapewne nasze, kompletnie nieracjonalne z finansowego (i nie tylko) punktu widzenia i niezrozumiałe (czasem nawet dla nas) poświęcenia i wysiłki. Jak bowiem wytłumaczyć fakt, że nienawidząc sprzątania i remontów przez kilka kolejnych lat spędzałam urlop ogarniając poremontowe pobojowisko? Dlaczego mój mąż – Darek, wygrzebując z pamięci wszelkie znane mu wulgaryzmy, a nawet, nie powiem, wykazując w tym zakresie pewną słowotwórczą inwencję, tynkował krzywo (żaden z miejscowych tynkarzy tak nie potrafi), równie krzywe ściany naszej nowej-starej chałupki?

- Po co remontujemy ten dom? - zadumał się pewnego dnia, zamiast po raz kolejny rzucić mięsem - Bo jest! - odpowiedział sam sobie, parafrazując słowa słynnego himalaisty.



Pisarka i rzeźbiarz


Żeby jakoś te nasze wysiłki umotywować (że jednak warto, że na coś się przyda) napisałam książkę pod wiele mówiącym tytułem „Ratunku, marzenia!”, w której przetworzyłam nasze warmińskie przygody w miks strawny dla starszej i młodszej dziatwy i założyłam bloga pod jeszcze więcej mówiącym tytułem „Dom na Warmii, czyli 'Ratunku, marzenia!' dla starszego Czytelnika” - trochę na zasadzie, że nie ma tego złego, co by na dobry blog lub książkę nie wyszło. Ponadto snuję wraz z Darkiem rozliczne plany twórczych (i mniej twórczych) projektów.

- No to sobie zracjonalizowaliśmy – konkluduje tego typu dywagacje mój, nadzwyczaj świadom własnych (a także moich) procesów myślowych, małżonek.

A ja mogę mu tylko przytaknąć. Bo jak wytłumaczyć, że człowiek pakuje się w kłopoty, żeby zamienić letniskowy domek w „rzeźbę”?

Porównanie z rzeźbieniem wydaje się szczególnie adekwatne od czasu wizyty w naszej chałupce urzędników Agencji Rolnej Skarbu Państwa z Olsztyna.

- Zaprosiłem ich do was... na kawę - oświadczył z rozbrajającą szczerością Inny Sąsiad, którego łąki graniczą z naszą ziemią. - Ale kiedyś się odwdzięczę.

Liczył chyba na to, że prezentując "atrakcję turystyczną" wsi, czyli panią pisarkę z wymykającym się wszelkim klasyfikacjom mężem („A ten pan... to chyba jakiś rzeźbiarz, bo taki potargany"), zyska sobie przychylność urzędników kontrolujących (w imieniu Unii Europejskiej) jego użytki i nieużytki.

Wizerunek Darka-rzeźbiarza utrwalił wieńczący dzieło sztuki remontowania daszek nad zewnętrznymi drzwiami.

- Sam to wyrzeźbiłeś? - spytała Dobra Sąsiadka podziwiając fantazyjne zawijaski wycięte przez mego męża z drewna.

- Sam.

- No, no... prawdziwy z ciebie rzeźbiarz!



Wspólne marzenia


Gwoli ścisłości powinnam dodać, że chałupka usytuowana jest tuż poza granicą historycznej Warmii, konkretnie na terenie dawnych Prus Książęcych (dowiedzieliśmy się tego przy okazji remontu). Jak widać nie tylko podróże kształcą. Remonty również.

A więc poniemiecki dom kupiony od Łemków(Ukraińców?), którzy znaleźli się w nim na skutek Akcji Wisła i znaleźli swoje „warmińskie Bieszczady” w widocznym z kuchennego okna pejzażu. To wszystko (jak przystało na tropicieli „zmarszczek”), ślady historii budynku i losów naszych poprzedników, staraliśmy się zachować remontując (rzeźbiąc) chałupkę. Są więc przedwojenne kafle z niemieckimi sygnaturami; ściągnięte ze strychu reprodukcje ikon i sporo innych znalezisk. Znalazło się również miejsce na „skarby” zdobyte podczas naszych trwających przez ponad dwadzieścia lat poszukiwań wymarzonego domu na wsi.

To fantastyczne mieć wspólne marzenia ze swoim życiowym partnerem. Problem zaczyna się w chwili, gdy wreszcie uda się je spełnić. Bowiem, jak mówi przysłowie, diabeł tkwi w szczegółach i dopiero realizacja wspólnego marzenia ujawnia wszelkie pęknięcia (czasem głębsze od rys w stuletnim murze) i różnice w tak zwanej wspólnej wizji. A to może się okazać jeszcze groźniejsze od psikusów poluzowanej przez czas materii. Ponieważ w skrajnych przypadkach prowadzi do poluzowania uczuć. Zwłaszcza gdy dojdą do tego problemy zewnętrze. A tych nam nie zabrakło.


Opór materii


 Podczas remontu wielokrotnie mieliśmy okazję się przekonać, nie tylko materia nieożywiona stawia opór przeciw naszym zamierzeniom. Ożywiona również. Szczególnie, gdy przyjmuje postać majstra. Opór majstra koncentruje się na uporczywym powstrzymywaniu się od „majstrowania”, co może przyjąć rozmaite formy: począwszy od niestawienia się o wyznaczonej porze w wyznaczonym miejscu, niekończącym się przedłużaniu fazy przygotowawczej, produkowaniu poruszających serce historii mających uzasadnić niemożność przystąpienia do prac remontowych, a skończywszy na tajemniczym zapadnięciu się pod ziemię albo spieprzeniu roboty. To ostatnie, szczęśliwie, nie zdarzało nam się zbyt często.
Niektórzy fachowcy, jako istoty wysoce uspołecznione, potrzebują po prostu stałej i wspierającej obecności swego zleceniodawcy, co może okazać się pewnym kłopotem, kiedy ów wspierający (psychicznie i fizycznie) zleceniodawca mieszkającej na stałe w odległym o 300 km. miejscu.  

 Pod wszelkimi innymi (tzn. poza „majstrowaniem”) względami majstrowie mogą znakomicie się sprawdzać. Dostarczają rozrywki i smakowitych opowieści, jak Piękny J. - pięćdziesięcioletni na oko, lecz wciąż młody duchem właściciel (a jakże!) meroli i beemwicy, słynny na całą okolicy łamacz młodych niewieścich serc. Gwoli ścisłości, nie tylko piękny, lecz również bardzo silny. Jak sam nam wyznał, potrafi każdego położyć na rękę - i Niemca i Ruska i mafioza. O jakże by się chciało, żeby tę siłę wykorzystał do zleconych prac wykończeniowych.

Albo fachowiec zwany przez nas Majstrem Egzystencjalistą. Tu problem, co prawda, polegał jedynie na nieco zbyt długim rozbiegu, bo kiedy już zabrał się do pracy, to naprawdę nie było się do czego przyczepić:

- Nie ma dziury, komar chuja nie wciśnie! – podsumował (z pełną świadomością własnego sukcesu) ukończony właśnie proces układania podbitek (fakt, pomiędzy ciasno ułożone listewki trudno by było cokolwiek wcisnąć).

 Oprócz niezapomnianych i obrazowych metafor majster ów potrafił również (nie do końca chyba świadomie) aranżować sytuacje wybitnie podnoszące nam poziom adrenaliny. Jedną z nich była wizyta w naszym domu Rozwścieczonego Nieznajomego. Okazało się, że nasz majster wypożyczył na kilka dni rusztowania z jego budowy. Kilka dni zmieniło się w kilka tygodni, a że nasz Majster przezornie nie zdradził, gdzie się z tymi rusztowaniami wybiera, poprzedni - a zarazem kolejny zleceniodawca (Majster nie tylko wypożyczył sprzęt, ale również nie dokończył roboty) musiał przeprowadzić prawdziwe śledztwo, by do nas dotrzeć, co w sumie wszystkim wyszło na dobrze, bo ostatecznie bardzo się z nim (to znaczy z tym ogarniętym słusznym gniewem młodym człowiekiem) zakolegowaliśmy, kiedy już nieco ochłonął.



Ballada o nieoheblowanej desce


 Oddzielną i bardzo szczególną kategorię pośród majstrów stanowią stolarze. Na początku zawarliśmy znajomość z Chimerycznym Stolarzem Artystą, z którego osobą związana jest „Opowieść o nieoheblowanej desce”. Nawiasem mówiąc deska ta, która, jak przystało na bohaterkę ludowej gawędy, przeszła rozmaite i skomplikowane koleje losu, została nieoheblowana przez naszego Chimerycznego Artystę. Jej historię opowiedział mi Tajemniczy Brodaty Mężczyzna (zdradzę tylko, że to była jego deska), który przysiadł się do mnie, gdy wypoczywałam na ławeczce przed chałupką i opowiedział całe swoje życie. No prawie. Jego życiorys uzupełnił nam później Piękny J.:

- A wiecie czemu on ma brodę? Gardło mu poderżli, więc musi. Na weselu. Kiedyś to były wesela! - rozmarzył się.

Następnie nawiązaliśmy współpracę z Wyluzowanym Stolarzem Artystą. Fajnie się z nim gawędziło, ale... No cóż, resztę możecie sobie dopowiedzieć na podstawie pierwszego członu pseudonimu.

Wreszcie trafił się nam, niczym przysłowiowa „ostatnia deska (oheblowana!) ratunku” (gdyby nie on, nie wiem, kto ocaliłby nasze marzenia) Perfekcyjny Stolarz Artysta. Postać tak doskonała, że prawie niemożliwa – solidny, dokładny i trzymający się terminów.

 Gwoli sprawiedliwości muszę dodać, że prócz niego zdarzali się również inni solidni majstrowie np. zdun. Niestety, jego działalność zbiegła się z moim osobistym „zmęczeniem materiału”, poluzowaniem kłębiących się we mnie emocji, więc (przy okazji drobnych, przejściowych kłopotów) zebrało mu się za wszystkich poprzedników.

Żeby zakończyć ten wątek, który można by ciągnąć w nieskończoność, zdradzę Czytelnikom, że z obu prób (próby pod kryptonimem „fachowcy” i próby pt. „Realizacja wspólnych marzeń”) udało się nam wyjść zwycięsko. Z kolejnych także.



Egzorcyzmy według Pięknego J.



Tu trzeba dodać, że obiekt naszych marzeń również poddał nas różnym testom. Tak się bowiem złożyło, że dom nie od razu chciał nas zaakceptować. Było więc rur zamarzanie, zarastanie tynków pleśnią, zatykanie się kanalizacji nawarstwionym przez pokolenia „materiałem”, a nawet zrzucanie szafek ze ściany. Psikusy poluzowanej przez czas materii? Czy raczej... aktywność spiętego z powodu nowych domowników i nieco znerwicowanego ducha, który, zamiast skrzypieć i trzaskać drzwiami topił wodę w rurach, zsyłał na nas plagę gryzoni, czy też straszył potencjalnym azbestem w nieprawidłowo ocieplającej dom supremie, narażając na kosztowne badania.

W sumie duch w domu to byłoby coś, bo jak powiada Piękny J., dziś cała Ziemia otoczona jest siecią promieni, czy to z satelit, czy to z internetu, więc na duchy nie ma już miejsca. Ale dawniej w każdej chałupie był duch. W domu Pięknego J. również.  

- Tak okropnie hałasował na strychu – wyznał nam miejscowy siłacz - że jako mały chłopiec kuliłem się ze strachu pod kołdrą. Aż pewnego dnia mój ojciec strasznie się zdenerwował. Poszedł na strych i nawyzywał ducha, nawyzywał... I od tej pory duch już nigdy nam nie przeszkadzał.

Ostatecznie nie udało się ustalić, kto w naszym domu psocił: duch, czy poluzowana przez czas materia? Nie skorzystaliśmy jednak z rady Pięknego J. Zamiast „nawyzywać” ducha, rozkuwaliśmy świeżo położone kafelki, by odnaleźć pęknięcie w miejscu, w którym, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, rura nie miała prawa pęknąć. Wynajęliśmy koparkę, która po omacku szukała rury kanalizacyjnej wypełnionej złogami przetworzonej przez pokolenia poprzedników materii, bo nikt we wsi nie wiedział gdzie szukać odpływu. Odkrywaliśmy ukryte pod warstwami olejnej farby „zmarszczki” starego drewna. Wyciągnęliśmy z drewutni zniszczony kredens, który po renowacji zajął miejsce niesfornych kuchennych szafek i powiesiliśmy na ścianach oczyszczone z gromadzonego przez lata kurzu grekokatolickie święte obrazki. Słowem wyciągnęliśmy na jaw to co skryte i z trudnym do racjonalnego wyjaśnienia uporem podnosiliśmy się z każdego budowlanego upadku, szukając pociechy w cudnych krajobrazach, niezwykłych historiach i sąsiadach, którzy dostarczali nam nie tylko anegdotek, lecz również wsparcia i bezinteresownej pomocy, bo jak powiedział Kolejny Dobry Sąsiad (mąż naszej Ulubionej i Również Nadzwyczaj Życzliwej Sklepowej):

 - Na tym właśnie powinno polegać społeczeństwo, żeby ludzie nawzajem sobie pomagali.



Happy end


W tym roku jednostronna (a w porywach to nawet obustronna) niechęć została przełamana i remont budynku udało się ukończyć. Można powiedzieć, że parze mazowieckich mieszczuchów wreszcie udało się oswoić warmiński dom po rozmaitych historycznych przejściach. Mamy więc happy end w naszym uduchowionym (lecz pozbawionym złośliwych duchów) domu. I swoją piękną, użytkową rzeźbę, to nic, że nieco koślawą, wszak „zmarszczki” i niedoskonałość była wpisana w założenia tego przedsięwzięcia.  

Co będzie po napisach, tych konkretnie, które właśnie wklepuję w Waszą i komputera pamięć.  

Kto wie?

Pewno będziemy dalej rzeźbić.



Tekst: Dorota Suwalska: niedoszły zoopsycholog, absolwentka Wydziału Malarstwa warszawskiej ASP, pisarka.

Zdjęcia: Darek Kondefer: niedoszły ornitolog, absolwent Wydziału Malarstwa w warszawskiej ASP, grafik, fotograf, ostatnio również „rzeźbiarz”.

P.S. Tekst nawiązuje również do "rzeźbiarskiego" wpisu z dnia 10 marca 2014 r. Można by rzecz, przepowiada mające nastąpić później zdarzenia. No bo fakt - sporo w nim o rzeźbieniu.  

poniedziałek, 30 września 2013

Rzeźba pod tytułem „Dom”

Zaniedbałam ostatnio bloga i to w momencie, w którym powinnam poświęcić mu szczególnie dużo uwagi, a nawet celebrować jego istnienie. Otóż... w czasie ubiegłych wakacji, udało nam się (po kilku latach!) wyremontować naszą warmińską chałupkę!!! A droga do tego sukcesu była, trzeba przyznać, dość wyboista. "Tak się bowiem złożyło, że dom nie od razu chciał nas zaakceptować. Było więc rur zamarzanie, zarastanie tynków pleśnią, zatykanie się kanalizacji nawarstwionym przez pokolenia 'materiałem', a nawet zrzucanie szafek ze ściany. Psikusy poluzowanej przez czas materii? Czy raczej... aktywność spiętego z powodu nowych domowników i nieco znerwicowanego ducha, który, zamiast skrzypieć i trzaskać drzwiami topił wodę w rurach, zsyłał na nas plagę gryzoni, czy też straszył potencjalnym azbestem w nieprawidłowo ocieplającej dom supremie, narażając na kosztowne badania. (...) W tym roku jednostronna (a w porywach to nawet obustronna) niechęć została przełamana i remont budynku udało się ukończyć. (...) Mamy więc happy end w naszym uduchowionym (lecz pozbawionym złośliwych duchów) domu. "
Jest co świętować! I w ramach świętowania zamieszczam kilkanaście cudownych zdjęć (autorstwa naczelnego majstra, czyli Darka)  prezentujących nasze małe osobiste dzieło sztuki, użytkową rzeźbę pod tytułem "Warmiński dom wiejski".  
Bohater bloga i dwa z jego dwunastu serc (wszystkie w nowych drewnianych okiennicach). Jak przystało na dom z duszą (duchem?) przedstawiamy go w nocnej scenerii.
Daszek nad wejściowymi drzwiami, który ugruntował pozycję Darka jako „rzeźbiarza”. O co chodzi z tym "rzeźbieniem" przekonacie się zaglądając TUTAJ. Poniżej zaś dialog który się odbył pod świeżo zamontowanym daszkiem. 
- Sam to wyrzeźbiłeś? - spytała nasza sympatyczna sąsiadka podziwiając fantazyjne zawijaski wycięte przez mego męża z drewna.
- Sam.
- No, no... prawdziwy z ciebie rzeźbiarz!

Na wprost wejściowych drzwi odkryta na strychu maselnica. Nasza Ulubiona Sklepowa jeszcze pamięta, jak poprzednia właścicielka (jej ciocia), kręciła w niej masło. W tle zbudowany ze starych kafli nowy ogrzewacz (chwała za to zdunowi!). Nad całością kompozBoska Ze Strychu.
A to już drzwi percepcji, które dawniej pełniły funkcję okienka do obory. Najbardziej spektakularny awans kulturowy, cywilizacyjny, duchowy oraz frazeologiczny w historii naszego remontu. Gdybyście mieli okazję zajrzeć, co się za Drzwiami Percepcji kryje, okazałoby się, że dokładnie to samo, co dookoła.
Drzwi percepcji zawisły nad stołem, który jest sercem i zarazem żołądkiem domu (czyli może, należałoby powiedzieć „hara”domu). Z lewej strony wydobyta ze strychu reprodukcja ikony.
O związkach między sercem a żołądkiem mówi również makatka zawierająca (trzymajmy się buddyjskich skojarzeń), koan o treści: „Gdy żona smacznie gotuje, drogę do serca męża znajduje!” (chcieliśmy przygotować alternatywna wersję, zaczynającą się od słów: „Gdy mąż smacznie gotuje...”, ale żadne z nas nie umie haftować). Koan ten był obiektem refleksji dwójki młodych inspektorów Agencji Rolnej Skarbu Państwa (a także innych odwiedzających nasz gości) podczas pamiętnej wizyty w naszym remontowanym właśnie domu. Kontemplowali go w kontekście leżącego akurat na stole Huxleya („Nowy wspaniały świat”). Mąż czytał to w przerwach pomiędzy kolejnymi etapami zrywania nieco już spróchniałej podłogi w jednym z pokoi. Zwróćcie uwagę na smakowitą fakturę ściany uzyskaną dzięki stosowanej przez mego męża autorskiej technice „krzywego tynku”.  
Wywrócone „podszewką” na wierzch przedwojenne kafle.
W tym miejscu wisiały "zbuntowane" kuchenne szafki. Teraz zastąpiła je (po starannym oszlifowaniu, opiaskowaniu i zapokostowaniu) górna część odnalezionego w drewutni zdewastowanego kredensu (dół, niestety, był zbyt zniszczony).  
Widok na kuchnię przez otwarte drzwi jednego z pokoi. Zamiast dolnej części kredensu – zasłonka. Ileż to już osób wzdychało z rozrzewnieniem na jej widok: „Zupełnie jak u mojej babci!”.
Nawiasem mówiąc, jednym z większych komplementów (choć jego autor nie był chyba świadom, że mówi komplement) był okrzyk dziecka jednego z naszych majstrów: „Ale tu staro!”.
Na wydobytych spod warstw olejnej farby drzwiach kwiatek, który dostałam po spotkaniu autorskim w jednej z pobliskich podstawówek. Idealnie się wpasował.
Jeden ze znalezionych na strychu skarbów.
I kolejne drzwi. Tym razem w łazience.

Widok z „tronu”. Korona (kaflowego pieca), czyli kolejny ze znalezionych na strychu skarbów w roli podokiennego parapetu. Drugie okno, odbite w lustrze zrobionym z drzwi starej szafy, a pod nim szafka z beczki sprezentowanej nam przez sąsiadów.
P.S. Ujęte w cudzysłów fragmenty znajdą się w artykule, który zostanie opublikowany w najbliższym numerze Zwykłego Życia.

sobota, 10 sierpnia 2013

Co to za styl?

Gotyk po polsku. Tak oto "udekorowany" został gotycki kościół na warmińskiej wsi Rogiedle.
Autor: Darek Kondefer

wtorek, 21 maja 2013

Historia zapisana warstwa po dwarstwie, kolor po kolorze...

Remont starego domu oprócz kłopotów potrafi dostarczyć wielu niezwykłych przeżyć. Jednym z najciekawszych aspektów takiego przedsięwzięcia jest szczególny sposób doświadczania historii. Chodzi zarówno o indywidualną historię budynku z fajnymi lub całkiem niefajnymi przygodami, które mu się przytrafiły (pożary, przebudowy itp.), jak i historię regionu, a czasem nawet kontynentu (np. ślady II Wojny Światowej, przesiedleń...) Czasem czujemy się z mężem jak archeolodzy albo historyczni detektywi. Znaleziska na strychu, pod podłogą, pod tynkiem... lub, jak na powyższym zdjęciu, na tynku. Kolorowe warstwy farb, którymi malowane były ściany przypominają trochę słoje drzew. I jak one otwierają wyobraźnię na minione wydarzenia, których zapewne nigdy nie da się odtworzyć.         

poniedziałek, 13 maja 2013

Nie daj się okukać!

Oto kilka ciekawostek zasłyszanych od sąsiadów podczas ostatniej majówki, czyli lista lokalnych, (traktowanych obecnie z przymrużeniem oka) przesądów związanych z wiosną i ptakami:
KUKUŁKA:
- usłyszeć kukanie po raz pierwszy w roku i nie mieć przy sobie pieniędzy oznacza finansowe braki przez cały rok. Mówi się o taki delikwencie, że go kukułka okukała. No cóż - nas okukała ;)
- jeśli jednak masz akurat przy sobie kasę to dobra wróżba dla twoich finansów.
BOCIAN:
Istotne jest to, co akurat robi bocian, kiedy go po raz pierwszy zobaczysz wiosną. To słabiej pamiętam (zwłaszcza jaki bocian, co oznacza), więc mam nadzieję, że nie namieszam.
- jeżeli leci - dobry znak. Będziesz zdrowy i, jakbyśmy to dziś powiedzieli, mobilny.
- jeżeli siedzi- gorzej. Może to oznaczać problemy z poruszaniem się.
- stojący bocian zwiastuje szkolne kłopoty: "Ja widziałem i to znaczy, że nie zdam do następnej klasy." - oświadczył nasz mały sąsiad. Nie wyglądał jednak na specjalnie przejętego. Ani on, ani nikt z obecnych. Bocian bocianem, ale nikt chyba nie uwierzył, że mogłoby go spotkać taka przygoda.